mazowsze serce polski     logo mbc 2 male     logo bip 2 male

więzień1

WIGILIA WIĘŹNIA

(wg wspomnień Mariana Sołkiewicza - więźnia nr 27843 obozu Sachsenhausen w Berlinie)

Nad dzielnicą Berlina Lichterfelden zapadł wczesny, zimowy zmierzch. Tego dnia 24 grudnia 1943r. wcześniej niż zwykle, bo około godziny 13-tej ściągnięto do obozu komanda robocze. Wigilia Bożego Narodzenia. Zgodzeni, bici, wyczerpani ciężką pracą przy odgruzowaniu stolicy hitlerowskiej Rzeszy po bombardowaniach alianckich. Mięliśmy perspektywę spędzenia w barakach półtora dnia bez krzyków: Los! Los! Arbeit! I widoku nadludzi es-esmannów. 26 grudnia znów o brzasku zacząć się miał trud politycznego więźnia. Szybko umyliśmy się, oczyściliśmy z błota i z pyłu pasiaki oraz buty -drewniaki. Zasiedliśmy na taboretach, wokół stołu w izbie baraku przeznaczonej na jadalnię. Miejsca za stołami zajmowało się nacjami: Niemcy, Francuzi, Norwegowie, Polacy, Rosjanie, itd … Czekało się, aż współwięzień zwany stołowym, wyznaczony na to stanowisko przez blokowego, otrzyma dla 12-tu towarzyszy przydział żywności, mający według wyliczeń hitlerowskich speców od aprowizacji, wystarczyć na kolację i śniadanie następnego dnia: po 200 gramów chleba, 30 gramów margaryny lub zamiast niej od czasu do czasu 30 gram blutwurstu (kiszki z krwią). Po zupę, która bardzo rzadko wydawana była na kolację, Ustawiliśmy się gęsiego. Nalewał ją sam blokowy – aż po pół litra. Blokowym baraku 5a był Ślązak, który nazywał się Stefan Mach. Z więźniami Polakami rozmawiał śląską gwarą, chociaż do polskości nie przyznawał się nosił czerwony winkiel (trójkąt) z literą "D" (Niemiec-Deutsche). Około godziny 16-tej otrzymaliśmy oprócz zwykłego 200 gramowego kawałka chleba po 50 gram margaryny, po 10 sztuk papierosów "Balerina" po pół litra ciemnego piwa. Miała to być, według przekonań komendanta luksusowa wieczerza wigilijna, jaką wspaniały naród niemiecki ofiarował swoim niewolnikom na piąty rok wojny. Od czterech lat nienajedzony do syta, szybko uporałem się z chlebem, margaryną i piwem. To samo inni. Jutro w pierwszy dzień świąt trzeba było wytrzymać do południa, do otrzymania litra wodnistej, jałowej zupy, popijając rano tylko trochę kawy. Więźniowie nie podnosili się z miejsc. Myślami byli nie tu w gnieździe hitlerowskich os. Wybiegały myśli daleko - do najbliższych stron. Uparcie cisnęły się wspomnienia tamtych wigilii spędzonych w kraju. W jadalni obozu koncentracyjnego w bloku 5a w dzielnicy Lichterfelde panował nastrój nostalgii. Nagle, jak grom z jasnego nieba, przerwał go okrzyk blokowego Macha: .Achtung"! W jednej sekundzie poderwaliśmy się do postawy " baczność ", Z trzaskiem otwarły się drzwi wejściowe do sali. Wkroczyli nadludzie: zastępca komendanta obozu Erwin Seifert, jeden z największych katów obozowych Wilhelm Schubert i kilku innych esesmanów. Byli pijani. Ledwo trzymali się na nogach. Zamarliśmy w bezruchu. Takie wizyty bardzo często kończyły się ćwiczeniami karnymi, po których wnętrze baraku wyglądało jakby przeszedł tędy huragan. Tym razem jednak obyło się bez ćwiczeń. Rumor kilkunastu taboretów, które przy naszym poderwaniu uderzyły o podłogę, co było oznaka według przekonań hitlerowców, ich właściwego powitania- wprowadził ich w dobry humor. Erwin Seifert stanął na środku sali i ryknął pijackim głosem:

-Habt ihr Zigaretten bekommen!?( czy otrzymaliście papierosy!?)

-Jawohl! - odkrzykneliśmy.

-Habt ihr Bier behommen!? (czy otrzymaliście piwo)

-Jawohl!

-Powinniście więc być zadowoleni, wy psy, wy lumpy, łachy - krzyczał dalej Seifert.

-Teraz więźniowie każdej narodowości będą śpiewać mi kolędy. Zaczynają Niemcy.

Zgrupowani przy pierwszym stole komuniści niemieccy zaintonowali popularną kolędę . ”Stille Nacht, Heilige Nacht" ("Cicha Noc"). Śpiewali potem Francuzi, Holendrzy, Norwegowie, Czesi. Przyszła kolej na Polaków. Nasz stołowy - łodzianin Kowalski porozumiał się cicho, że zaśpiewamy "Wśród nocnej ciszy".

-Und jetzt die Russen! (a teraz Rosjanie)- zawyrokował Seifert.

Zbliżył się do stołu rosyjskiego. Atmosferę baraku wypełniła tym razem nie kolęda, lecz melodyjna z wrodzonym rosyjskiemu narodowi talentem zaśpiewana pieśń "Moskwa moja" Seifert na dźwięk słowa "Moskwa" spurpurowiał. Domyślił się, że to nie kolęda.

-Nein, nein ihr verjluchte Bolszewiken!(nie, nie przeklęci bolszewicy) - ryknął Seifert -" Wołga, Wołga"- singen! ("Wołga, Wołga - śpiewać").

Rosjanie prześpiewali parę zwrotek pieśni" Wołga, Wołga mat radnaja" I my więźniowie i Seifert z jego świtą, wsłuchaliśmy się w tę piękną melodię. Nie wiem, czy ten hitlerowiec był na tyle wykształcony, by w ten wigilijny wieczór skojarzyć sobie, że matka Wołga już od blisko roku, od stalingradzkiej bitwy odwróciła karty historii XX wieku, niosąc zagładę hitlerowskiej II Rzeszy. Od roku budziła nadzieje na przetrwanie i w nas więźniach. Seifert i jego świta opuścili barak. Wyszedłem przed blok. Noc była rzeczywiście cicha. Uszanowali ją i alianci. Nie było nalotu samolotów na Berlin. Zwróciłem oczy na wschód tam, gdzie była moja ojczyzna. Prószył śnieg. Jego płatki pokrywały baraki i obozowe uliczki.

Wspomnienie spisałem w czasie spotkań

Mariana Sołkiewicza z młodzieżą szkolną

Jan Krasiński

Wspomnienie znajduje się w : „Życie Powiśla – pismo społeczno-kulturalne regionu lipskiego” 2003, nr 4, s. 18.

Dziękujemy za udostępnienie Mazowieckiej Bibliotece Cyfrowej http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/dlibra/publication?id=23724&tab=3

Inne artykuły...
Go to top