Michelle Cuevas, "Jak hodować i karmić domową czarną dziurę", Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

jak hodowac i karmicPod koniec lat 70. ubiegłego stulecia NASA przygotowywała się do wystrzelenia w przestrzeń pozaziemską sondy kosmicznej Voyager. Na jej pokładzie umieszczono złotą płytę z nagraniami dźwięków Ziemi. Były wśród nich pozdrowienia w różnych językach i utwory muzyczne z wielu zakątków naszego globu.

Mała Stella Rodriguez uznała jednak, że na płycie brakuje jednego dźwięku – śmiechu jej zmarłego taty. Wybrała się więc do siedziby NASA, by pomówić w tej sprawie z Carlem Saganem, twórcą międzygwiezdnego przesłania. Nie została wpuszczona, ale nie wróciła do domu z niczym. Jej śladem podążyło tajemnicze stworzonko – czarna dziura.

Czarna dziura zadomowiła się w pokoju Stelli. Stała się nietypowym domowym zwierzątkiem, które na początku sprawiło trochę kłopotów, bo niczym odkurzacz wciągało wszystko, co znalazło na swojej drodze. Z czasem właściwości czarnej dziury stały się przydatne. Stella zaczęła wrzucać do niej wszystko, czego chciała się pozbyć.

Najpierw do czarnej dziury trafiły sprawdziany ze złymi ocenami, potem brukselka, niewydarzone rysunki młodszego brata Cosmo, którymi obdarowywał Stellę, i brzydkie gryzące swetry od ciotki Celeste. A na koniec w czarnej dziurze zniknęły pamiątki, których widok był dla Stelli zbyt bolesny: zestaw "Mały chemik", tablica z układem okresowym pierwiastków, kolekcja owadów, model zmyślnej planety i zapis śmiechu, których chciała umieścić na złotej płycie Voyagera. Słowem, wszystkie rzeczy, które przypominały zmarłego ojca i sprawiały, że Stella czuła "dziurę w sercu".  

Tytuł książki "Jak hodować i karmić domową czarną dziurę" mógłby brzmieć "Jak wydostać się z czarnej rozpaczy po stracie bliskiej osoby". Wrzucenie do czarnej dziury rzeczy wywołujących wspomnienia po zmarłym ojcu miało pomóc Stelli uporać się z żalem. Czy jednak zapomnienie o wspólnej przeszłości jest dobrą metodą? Może wspomnienia – choć wywołują ból ­– warto zachować w sercu i czerpać z nich siłę? Mogą stać się "bezpiecznym schronieniem", gdy jesteśmy smutni lub zagubieni. W życiu każdego z nas jest przecież miejsce na różne uczucia: miłość, żal, tęsknotę, ból po stracie i odwagę, by pokochać na nowo. O tym wszystkim Stella dowiaduje się, gdy sama skacze do czarnej dziury i odbywa w niej podróż w głąb siebie – swoistą psychoterapię: "Próbowałam się pozbyć wszystkiego, co było złe w moim życiu, i niewiele brakowało, a nie zostałoby też nic dobrego". Stella przechodzi przemianę i godzi się z losem. Ucieczka od przeszłości nie jest dobrym sposobem na ukojenie żalu. Lepszym jest zmierzenie się z nią, a także pogodzenie z teraźniejszością, dostrzeżenia, że wokół nas są inni, być może tak samo jak my pogrążeni w żałobie. Dla Stelli to przede wszystkim młodszy brat, który też stracił ojca, i tak jak Stella wpadł do czarnej dziury. Po śmierci bliskiej osoby wpada do niej każdy z nas. Pobyt w czarnej dziurze to czas rozpaczy, który jednak – podobnie jak Stellę – wyprowadza "z najczarniejszego mroku".

Bez wątpienia zmaganie się Stelli z tęsknotą po śmierci ojca jest głównym wątkiem książki. Ale są też dwa inne, ścisłe z nim powiązane. Jednym z nich jest wielka przyjaźń łącząca ojca z córką. Stella i jej zmarły tata byli do siebie podobni – dwoje samotników: "…wilczą skłonność do samotności odziedziczyłam po Tobie. Jaki ojciec, taka córka". Być może rozpacz dziewczynki nie byłaby tak dojmująca, gdyby nie ich serdeczne relacje. Stella przywołuje wspomnienia wspólnych rozmów i zabaw: "Z teleskopu korzystaliśmy tylko Ty i ja – to był taki nasz zwyczaj, coś dla taty i córki, ale teraz Cię nie ma, na podwórku czają się upiory i wszystko jest do bani", a także żartów i śmiechu – tego, który Stella chciała umieścić na złotej płycie Voyagera. Skąd u małej dziewczynki tak oryginalny pomysł? To też zasługa jej ojca, który zdołał zainteresować córkę swoją pasją – astronomią. Jej imię, Stella – gwiazda, nie jest przypadkowe.

Astronomia to trzeci wątek książki, niezbyt często spotykany w literaturze dla najmłodszych. Rozmowy i zabawy Stelli i ojca krążyły wokół nieba. Na kartach książki pojawiają się "kosmiczne" nazwy: orbita, galaktyka, gwiazdozbiór, Voyager, Mleczna Droga, Proxima Centauri, no i oczywiście tytułowa czarna dziura. Dzięki nim autorka przemyca wiedzę o wszechświecie. Mimo trudnego tematu – zarówno całej książki, jak i zagadnień astronomicznych – pisze lekko, ciekawie, niekiedy dowcipnie. Być może uda jej się skłonić jakiegoś młodego czytelnika do sięgnięcia po teleskop.  

Wśród wielu ukazujących się ostatnio publikacji o radzeniu sobie dziecka z żałobą książka "Jak hodować i karmić domową czarną dziurę" wydaje się jedną z oryginalniejszych, choćby właśnie z powodu astronomicznej tematyki – zarówno w warstwie realistycznej, jak i fantastycznej. Niech więc moją recenzję zakończy gwiezdne przesłanie dla każdego, kto tęskni po stracie bliskiej osoby: "Nawet jeśli jakaś gwiazda umiera daleko, daleko stąd, jej światło jest nadal widoczne, a gwiazdozbiór, którego była częścią, trwa”.     

AB

Sarah Crossan, "My dwie, my trzy, my cztery", Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2018.

my dwie my trzyMatka to najważniejsza osoba w życiu każdego człowieka. Matki bywają różne: troskliwe, czułe, surowe. Jedne kochają, starają się, inne popełniają błędy, ale bywają też takie, które nie odnajdują się w swojej roli i znikają. Taka matka trafiła się nastoletniej Apple, bohaterce książki "My dwie, my trzy, my cztery". W wigilię Bożego Narodzenia spakowała walizkę i, nie żegnając się z córką, pojechała do Nowego Jorku szukać szczęścia na Broadwayu. Trzyletnia Apple została pod opieką babci – wymagającej, nadopiekuńczej, staroświeckiej i trochę zrzędliwej.

Apple tęskni za mamą, marzy o jej powrocie. Mama wydaje się jej lekarstwem na wszystkie domowe i szkolne kłopoty: "gdyby mama tu była…". Gdy na kolejne Święta Bożego Narodzenia nie daje znaku życia, Apple nie kryje żalu: "Mogłaby przynajmniej udawać, że o nas pamięta. Dać nam trochę nadziei".

Marzenia o powrocie mamy spełniają się, ale wtedy dziewczynka na własnej skórze poznaje sens słów, które często powtarzała jej babcia: "Uważaj, czego sobie życzysz, Apple". Po dziesięciu latach nieobecności matka nagle zjawia się w jej życiu, w dodatku nie sama, lecz z młodszą córką, rudowłosą Rain. Nie znaczy to jednak, że dojrzała do rodzicielskiej roli. Jest tak samo beztroska i nieodpowiedzialna jak dawniej.

Dużo jest książek o matkach surowych, stosujących kary, uciekających się do przemocy. "My dwie, my trzy, my cztery" jest chyba jedną z nielicznych, które ukazują matkę będącą ich przeciwieństwem. Mama Apple jest wyluzowana, nowoczesna, prawie nastolatka (z wyglądu i zachowania). Można z nią pójść na zakupy i pogadać o chłopakach. Wydawać by się mogło, że to matka doskonała. Nic bardziej mylnego. Po kilkudniowej euforii życie Apple bardzo się komplikuje.

Dziewczynka, nie dbając o uczucia babci, opuszcza jej dom. Przenosi się do mieszkania mamy, niespełnionej aktorki, w którym trwają imprezy do białego rana. Pod jej wpływem maluje się, zakłada buty na wysokim obcasie, poznaje smak alkoholu. Wkrótce jednak z córki-kumpelki staje się darmową niańką, sprzątaczką, kucharką. By podołać coraz to większym obowiązkom, przestaje chodzić do szkoły. Apple godzi się na wszystko i wiele jest w stanie matce wybaczyć, tak bardzo chce zasłużyć na jej miłość. Przytomnieje, gdy ta stwierdza, że wróciła nie z tęsknoty za Apple, lecz z powodu dziwactw młodszej córki, z którymi nie mogła sobie poradzić: "Potrzebowałam pomocy przy niej, więc wróciłyśmy. Bardziej dla Rain niż dla mnie". Apple zaczyna zadawać sobie sprawę, że matka zwyczajnie nią manipuluje, że nie jest tak doskonała, jak była w jej wyobrażeniach.  

"My dwie, my trzy, my cztery" to książka o trudnych relacjach rodzinnych, o tęsknocie, miłości, wzajemnych żalach i pretensjach, o zazdrości, poczuciu winy, strachu przed opuszczeniem, rozczarowaniu i wybaczeniu. Te trudne relacje i sprzeczne uczucia nie dotyczą tylko Apple i jej matki. Również dwie pozostałe bohaterki – babcia i Rain – przeżywają swoje dramaty. Babcia boleśnie odczuwa kolejne porzucenie, tym razem przez Apple, którą przez lata wychowywała. Zazdrosna o jej uczucie, walczy z nieodpowiedzialną córką o opiekę nad wnuczką. Mała Rain zmaga się z ogromnymi problemami emocjonalnymi. Zaniedbywana przez matkę, potrzebę miłości realizuje, opiekując się lalką, którą uważa za prawdziwe dziecko. Apple, miotając się między nimi trzema, przechodzi szybki – zbyt szybki jak na nastolatkę – kurs dojrzewania.  

Przez moment wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia. Ale, jak to w życiu, sprawy powoli zaczynają się normować. Jednak książka nie kończy się – co cieszy – banalnym happy endem. Wprawdzie jest szansa, że relacje Apple, Rain i babci ułożą się, ale nie wiadomo, czy niedojrzała, pogubiona w życiu matka obu dziewczynek kiedykolwiek dorośnie do rodzicielstwa.    

Warto wspomnieć o ciekawej kompozycji książki. Składa się w sześciu części zatytułowanych: "Samotność", "Strach", "Wojna", "Miłość", "Rozczarowanie" i "Poezja". Ich nazwy oddają emocje Apple. Są też tytułami wierszy – prac domowych zadawanych przez nauczyciela angielskiego, który wydaje się wychowankiem pana Keatinga ze "Stowarzyszenia umarłych poetów". Wierzy w potęgę poezji: "Poezja może nam pomóc poznać siebie samych. Może nas pocieszyć w smutku. Może nas rozbawić. […] Poezja może nas otworzyć. Może sprawić, że świat stanie się dla nas większy, jaśniejszy. Może nas przemienić". Tę wiarę stara się przekazać swoim uczniom. Jego przesłanie trafia do uzdolnionej literacko Apple, dla której pisanie wierszy staje się formą terapii (problemy rodzinne nie są jedynymi, z którymi się zmaga. Oprócz nich ma typowe dla nastoletniego wieku kłopoty szkolne: porzucenie przez wieloletnią koleżankę, zauroczenie starszym kolegą). To poezja dodaje sił i "przemienia" Apple. W ostatnim wierszu "Kochałam je wszystkie" wymienia trzy najbliższe jej osoby: dziewczynkę z głową całą w rudych lokach, babcię i kobietę, która wróciła – zwyczajną i niedoskonałą jak każdy człowiek.  

"My dwie, my trzy, my cztery" to druga po "Kasieńce" przetłumaczona na język polski książka Sarah Crossan. Przemyślna i dopracowana, w niebanalny sposób pokazuje rodzinny dramat i doskonale kreśli postacie bohaterek. Chociaż powstała z myślą o nastolatkach, może być pożyteczną lekturą dla trzech pokoleń czytelniczek: córek, matek i babć.

  AB

Katherine Applegate, "Drzewo życzeń", ilustr. Sara Olszewska, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2018.

drzewo życzeńTekst książki poprzedza dedykacja: "dla nowo przybyłych i dla tych, którzy ich witają”. Jest taki zwyczaj, że wita się nowo przybyłych. Najwyraźniej jednak mieszkańcy pewnego amerykańskiego miasta o nim zapomnieli, bo gdy do niebieskiego domku wprowadza się rodzina małej Samar, nikt ich nie wita. Przeciwnie, nikt ich nie chce. Wyrazem tej niechęci jest wyraz WYNOCHA, który jakiś chłopak wycina w korze dębu. Dąb, łamiąc zakaz rozmowy z ludźmi, opowiada nam historię Samar, miasta, w którym zamieszkała, i samego siebie – tytułowego drzewa życzeń. 

Samar to kilkuletnia dziewczynka, "która widziała zbyt wiele. Która chciałaby, żeby świat trochę się uspokoił". Przyjechała z rodziną z dalekiego kraju. Jej rodzice "przywieźli nowe obyczaje, a w ich języku słychać było nieznane dźwięki".

Miasto, w którym osiadła rodzina Samar, stworzyli przybysze z dalekich stron. Przyjechali tu "głodni i zdesperowani" z nadzieją na lepszy los. Przywozili "swoją muzykę, kuchnię i języki świata”. Żyją tu od pokoleń, tworząc różnorodną, barwną społeczność. Przez lata wszyscy "nowi" byli serdecznie witani. Dlaczego więc Samar i jej rodzice nie zostali zaakceptowani? Być może powodem jest chusta, którą mama dziewczynki nosi na włosach.  

Dąb jest drzewem życzeń. Co roku na jego gałęziach pojawiają się skrawki papieru, przywieszki i kawałki tkanin. Ludzie zapisują na nich swoje tęsknoty i pragnienia, i mają nadzieję, że zostaną wysłuchani. Tę tradycję zapoczątkowała jedna z pierwszych mieszkanek miasta – imigrantka z Irlandii. Ostatnia imigrantka, Samar, też zawiesza szmatkę ze swoim życzeniem – chciałaby mieć przyjaciela.  

Dąb jest też łącznikiem między dwiema społecznościami – ludzką i zwierzęcą. Jest nie tylko powiernikiem mieszkańców miasta, w jego dziuplach, na gałęziach, w norach pod korzeniami znajduje schronienie wiele gatunków ptaków i zwierząt (ich wyjątkowo wdzięczne portrety zdobią karty książki). Podobnie jak żyjący w mieście ludzie, zwierzęcy podopieczni dębu mają różne potrzeby, zwyczaje i upodobania. Te dwie społeczności są do siebie podobne. Żadna nie jest idealna. Wśród przedstawicieli jednej i drugiej zdarzają się nieporozumienia, nawet kłótnie, ale w obliczu zagrożenia – wycięcia dębu i wyrzucenia rodziny Samar z miasta – potrafią się zjednoczyć. Dają przykład wspólnego działania, bez oglądania się na dzielące je różnice.

Sytuacja polityczna na świecie wymusza na autorach książek dla młodszych czytelników podejmowanie tematu muzułmańskich uchodźców. Zdarza się, że ich przybycie – tak jak w "Drzewie życia" – budzi lęk i niechęć miejscowych. Ich niepokój jest zrozumiały, wynika ze strachu przed innością (mały sąsiad Samar mówi: "Moi rodzice nie są źli. Tylko… boją się różnych rzeczy".). Najlepszym antidotum na lęk jest poznanie, oswojenie nowej sytuacji, zrozumienie jej. Mieszkańcy miast, w których pojawiają się rodziny uchodźców, powinni postarać się dostrzec w nich zwyczajnych ludzi, którzy, tak jak rodzina Samar, szukają bezpiecznego miejsca do zamieszkania. A – jak twierdzi drzewo życia – "Zapewnienie innym bezpieczeństwa to dobry sposób na życie".  

"Drzewo życzeń" to piękna książka, nie tylko z wyglądu. Jej narrator, dwustuletni dąb, przekazuje czytelnikom wiele życiowych mądrości. Mówi o potrzebie przyjaźni, wyrozumiałości, o umiejętności życia we wspólnocie, która nigdy nie jest doskonała, lecz wymusza kompromisy i akceptację cudzych, "innych" przyzwyczajeń, wierzeń i poglądów. Mówi o życiowych postawach i o tym, by marzyć, mieć nadzieję i z niej czerpać siłę. Wiele tych "złotych myśli" warto zapamiętać. 

   

AB

ziarnka"Jak ziarnka piasku" – autorstwa Joanny Jagiełło, wydawnictwo Nasza Księgarnia – książka przedstawia historię dwóch dziewcząt  Niny i Anny – które są przyjaciółkami od przedszkola. Dziewczęta mają talent malarski i ubiegają się o przyjęcie do liceum plastycznego. Do upragnionej szkoły dostaje się tylko jedna z nich – Nina. Natomiast nazwisko Anny widnieje "pod kreską", czyli ma szanse dołączyć do pierwszej klasy liceum w drugim semestrze pod warunkiem, że ktoś z uczniów odpadnie. Nie spodziewa się jednak, że zajmie miejsce swojej najlepszej przyjaciółki, która popełniła samobójstwo. Anna nie może pogodzić ze stratą koleżanki i za wszelką cenę stara się znaleźć powód jej desperackiego czynu. Z drugiej strony starając się odzyskać spokój wewnętrzny próbuje żyć jak normalna nastolatka. Chociaż w zamierzeniu miał być to rodzaj terapii po traumie, którą przeżyła, okazuje się, że odnosi odwrotny skutek. Spotkania z rówieśnikami stają się pierwszym ogniwem łańcucha dramatycznych zdarzeń. Anna uczestniczy w imprezach, na których spożywa alkohol, zakochuje się w nauczycielu, który podstępnie wykorzystuje jej niewinne uczucie. Pedagog wykorzystuje jej naiwność zaprasza do tajemniczego domu, w którym ma być galeria obrazów. Oprócz dzieł sztuki czeka tam na Annę kilku mężczyzn, którzy - jak się potem okazuje - wykorzystują seksualnie nastolatki. Nieświadoma dziewczyna wypija wino ze środkiem odurzającym, po czym staje się ofiarą zbiorowego gwałtu , a zdarzenie to zostaje utrwalone na filmie. Po odzyskaniu świadomości ogląda nagranie, które ma służyć jako przedmiot szantażu. W zamian za to, że film nie ukaże się w internecie jest zmuszana do uprawiania prostytucji. Anna trafia tam ponownie, ale tym razem nie zostaje skrzywdzona, podstępem ucieka, ale wcześniej kradnie płyty. Okazuje się, że na jednym z nagrań jest Nina. Dramatyczne zdarzenia, w których uczestniczy Anna, wyjaśniają powód samobójstwa koleżanki.

Wsparcie Annie okazuje jej kolega i przyjaciel - Łukasz, który jest homoseksualistą. Właśnie on najlepiej zrozumie swoją przyjaciółkę. Dzięki empatii, jaką wykazuje staje się pierwszą osobą, którą dziewczyna informuje o koszmarze, jaki przeżyła i o niebezpieczeństwie, na które jest narażona. Niestety dziewczyna nie może liczyć na nikogo bliskiego. Mieszka z matką, z którą nie może znaleźć płaszczyzny porozumienia, która wydaje się być obojętna na jej los. Dopiero świadomość zdarzeń z niedalekiej przeszłości skłania kobietę do zmiany sposobu myślenia.

W książce autorka opisała realia współczesnego świata. Proceder wykorzystywania nieletnich dziewcząt do prostytucji jest jednym z dramatów XXI w. Alkohol, środki odurzające, składane obietnice bez pokrycia, szantaż są środkami służącym do osiągnięcia celu przez oprawcę. Dokonywanie przestępstw seksualnych przez ludzi różnych zawodów i stanów utwierdza w przekonaniu o konieczności ograniczonego zaufania. Samotność młodych ludzi, prowadzi do coraz częściej do samobójstw, naużywania alkoholu i narkotyków. Coraz głębsza przepaść między rodzicami a dziećmi jest częstym zjawiskiem, które ma niemały wpływ na życie nastolatków.

Treść książki zawiera wiele wątków, które mogłyby być tematem osobnych historii. Możliwe, że autorka napisała tę książkę ku przestrodze. Bowiem każdy może znaleźć w niej coś dla siebie i czegoś się z niej nauczy. Opowieść o przemocy seksualnej, o braku uwagi rodziców, o problemach i zagrożeniach młodych ludzi. O odmiennej orientacji seksualnej i o braku tolerancji.

Jak ziarnka piasku jest rozważaniem o trudach dorastania i o konsekwencjach złych wyborów. Treść książki to historia ciemnej stronie życia nastolatków, o dramatycznych w skutkach decyzjach i o przemocy seksualnej. Niestety autorka ograniczyła się do jednej bohaterki, na której skoncentrowała "całe zło tego świata". Inspiracją napisania powieści było prawdziwe zdarzenie, jednak fabuła i bohaterowie są inni. Chociaż autorka kreuje inne postacie to drogi ich życia zawsze krzyżują się z drogami Anny, stają się częścią jej historii i stanowią dopełnienie wszystkich zdarzeń życia głównej bohaterki.

Książka wydaje się być dramatem, ale zakończenie jest banalne i nie realne. Zobrazowano w niej o mroczną stronę życia nastolatków kończy się optymistycznie niczym bajka. Dziewczyna po wielkiej traumie jak za pomocą czarodziejskiej różdżki staje się szczęśliwa i rozwiązują się wszystkie problemy. Czarne staje się białym, niezrozumienie - empatią, a niepewność - spokojem.  W tak życiu się nie dzieje. Zwykle na poukładanie "świata nowo" potrzebny jest przede wszystkim czas. Ofiary gwałtu (szczególnie zbiorowego) nie wrócą bez pomocy do równowagi psychicznej potrzebują wsparcia i długiej terapii. W realnym świecie życie nie jest takie proste, jak w przedstawia to autorka. Takie zakończenie może uśpić czujność młodych, może utwierdzić ich w przekonaniu, że alkohol, papierosy seks i narkotyki to zabawa, która kiedyś się kończy, że potem szybko wszystko dochodzi do normy, a świat staje się w finale kolorowy.

Roksana Jędrzejewska-Wrobel, "Jeleń", ilustr. Grażyna Rigall, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2018. 

JeleńPan Jeleń. Widzimy go na okładce – zamożny elegant w dobrze skrojonym garniturze, z teczką w ręku. Stoi na tle wieżowców ze szkła i betonu. Współczesne miasto i jego mieszkaniec – typowy przedstawiciel białych kołnierzyków. Ale nie o pracy w korporacji traktuje książka Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, bo dla Pana Jelenia najważniejsze jest mieszkanko. Małe i przytulne, jest azylem, którego Pan Jeleń w ogóle by nie opuszczał, gdyby nie musiał. A jeśli już naprawdę musi, to wsiada do samochodu i jedzie – do pracy, sklepu, pralni, biblioteki. Jedzie znanymi uliczkami w równie znane miejsca.

Pan Jeleń miał swoje mieszkanko, a jego samochód – miejsce na parkingu. Ale do czasu. Pewnego dnia miejsce parkingowe zajął sąsiad. I żadne inne nie było wolne, nie tylko przed blokiem, w którym na Pana Jelenia czekało przytulne mieszkanko, ale nigdzie indziej. Pan Jeleń jeździł z parkingu na parking, przemierzał ulicę, za ulicą, krążył dalej i dalej, i nic… wszędzie stały samochody.

Po raz pierwszy w życiu Pan Jeleń zapuścił się w nieznane rejony zamieszkane przez różne groźnie wyglądające typki. To nie miejsca, w których można zaparkować samochód. Jechał więc Pan Jeleń i jechał, aż wjechał w tunel. A jak wiadomo, każdy tunel kończy się światełkiem. Tak było i tym razem. Światełko rozjaśniło oblicze Pana Jelenia – po raz pierwszy widzimy jego uśmiech – i odmieniło życie.

"Jeleń" to książka o mieszkańcu wielkiego miasta, który wiedzie schematyczne, uporządkowane życie, większość czasu spędzając w bezpiecznych czterech ścianach własnego mieszkanka. Jeśli go opuszcza, to tylko w samochodzie. To również książka o zniszczeniach, jakie w przyrodzie poczyniła cywilizacja. Wystarczy zestawić ilustracje przedstawiające las "gęsty, ciemny, nieprzenikniony" z zapchanym samochodami miastem bez jednego drzewa. Samochody są głównym elementem miejskiego pejzażu, świetnie oddanego przez ilustratorkę Grażynę Rigall. Zajmują każdy jego wolny skrawek. Gdzieś pomiędzy nimi trafia się wieżowiec. Miasto jest szare, bure, jakby spowite smogiem, nieprzyjazne (świetnie narysowane postacie zwierzęcych miejskich opryszków).

Ale jest też inny świat, który warto odkryć. To świat natury oferujący ciszę, zieleń, świeże powietrze. My, mieszkańcy miasta, przemieszczając się między pracą a domem, często zapominany o jego istnieniu. "Jeleń" to druga po "Praktycznym panu" książka, w której Roksana Jędrzejewska-Wróbel ratunku dla nas upatruje w kontakcie z przyrodą. Pan Jeleń dotarł do niej przez przypadek. Nie bądźmy jeleniami i z własnej woli korzystajmy z tego, co nam oferuje.

Autorka, pisząc "Jelenia", zastosowała ciekawy zabieg literacki. O ile kot z "Praktycznego pana" wygląda i zachowuje się jak każdy inny przedstawiciel swojego gatunku, o tyle Pan Jeleń jest zwierzęciem uczłowieczonym. Ubrany w garnitur, wykonuje ludzkie czynności: sprząta, pracuje, prowadzi samochód. Antropomorfizacja zwierząt występuje w literaturze dziecięcej od zarania dziejów. Najczęściej służy celom dydaktycznym. W tym przypadku jest podobnie, Pan Jeleń, wydostając się w miasta, zwraca uwagę na wielkomiejski, niezgodny z naturą tryb życia i niszczenie środowiska. Autorka idzie jednak o krok dalej. Propagując powrót do natury, odchodzi też od antropomorfizacji, pozbawia swego bohatera elementów ludzkich kojarzących się wielką aglomeracją. Pan Jeleń – któremu zapach lasu wydaje się "dziwnie znajomy" ­– wraca do swej zwierzęcej postaci: zdejmuje garnitur i znów staje się "jeleniem na rykowisku”.  

AB

Michał Rusinek, Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości, ilustr. Joanna Rusinek, Znak Emotikon, Kraków 2018

jaki znak twójPonad sto lat temu, w 1900 roku, polskie dzieci po raz pierwszy przeczytały wierszyk, który zaczyna się od słów: "Kto ty jesteś? Polak mały”. Niedługi, prosty w formie, lecz głęboki w treści, uczył miłości do ojczyzny, której nie było wówczas na mapie Europy. Istniała w sercach, narodowej dumie i myślach Polaków. Kilkanaście lat później te myśli zamieniły się w czyny i Polska odzyskała swoje miejsce wśród innych państw Europy i świata. Mijały lata, a krótki wierszyk o "Polaku małym” recytowały kolejne pokolenia polskich dzieci na szkolnych akademiach, zuchowych zbiórkach i u cioci na imieninach. "Katechizm polskiego dziecka” Władysława Bełzy, bo oczywiście o nim mowa, wychował rzesze Polaków, ucząc szacunku do ojczyzny. Dziś jego strofy mogą wydawać się trochę patetyczne, staroświeckie, nieprzystające do rzeczywistości. Świat się zmienił, a Polska razem z nim. Można więc zadać pytanie, kim dziś – w czasach, gdy nie potrzebujemy już ofiary z "krwi i blizny” – jest "Polak mały” i czym dla niego jest ojczyzna.  

Odpowiedzi na te pytania udzielił Michał Rusinek, pisząc nowy "katechizm” – "Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości”. Napisał go w roku wyjątkowym, roku, w którym obchodziliśmy stulecie odzyskania polskiej państwowości. Można zaryzykować stwierdzenie, że utwór Rusinka jest hołdem złożonym starszemu koledze po piórze, którego patriotyczny wierszyk z dużym stopniu przyczynił się do tego, że dziś mamy co świętować.    

Władysław Bełza zadał "Polakowi małemu” dziesięć prostych pytań i udzielił dziesięciu równie prostych, dwuwyrazowych odpowiedzi. Michał Rusinek postawił te same pytania – co świadczy o ich ważności i ponadczasowości – lecz jego odpowiedzi są nowe, bardziej obszerne i odpowiadające czasom, w których żyjemy. 

Kim dziś jest "Polak mały”? Przede wszystkim Polakiem, bo "po polsku gada, myśli oraz odpowiada”, ale też Europejczykiem i obywatelem świata, pewnym siebie, wykształconym, tolerancyjnym i otwartym na innych ludzi, niezależnie od ich pochodzenia lub koloru skóry, bo "nikt nie jest lepszy czy gorszy od nikogo”.

Nowoczesna technologia i wielka polityka sprawiły, że świat się skurczył, zniknęła większość granic, a my żyjemy w globalnej wiosce. Łatwość przemieszania się z kraju do kraju sprawia, że ojczysta ziemia "Polaka małego” może być wszędzie, bo "Polska żyje sobie w nas". Pod każdą szerokością geograficzną czuje się jak we własnym domu, a ten dom "jest zawsze otwarty dla wszystkich fajnych gości”.

W świecie, którym rządzi internet, "Polakowi małemu” wyraz znak prędzej kojarzyć się będzie z emotikonem niż "orłem białym”, co wcale nie znaczy, że orła lekceważy. Przeciwnie, czci godło, flagę i hymn, choć ten ostatni najczęściej słyszy, gdy "śpiewają go piłkarze”. I nic dziwnego, w czasach pokoju mężczyźni ganiają za piłką na boisku, zamiast wymachiwać szabelką. "Polak mały" żyje teraźniejszością, ale nie zapomina o historii – tej wielkiej "pełnej bitew, armat, koni, powstań i zawierzeń broni” i tej małej, rodzinnej. Obu należy się szacunek, bo uczą "żeby kilka razy z rzędu nie popełniać starych błędów”.

Miłość do ojczyzny jest dziś wciąż istotną sprawą, lecz inaczej pojmowaną. "Polak mały” na szczęście nie musi dokonywać już heroicznych czynów, wystarczy, że skasuje bilet w tramwaju, nie marnuje wody, kibicuje naszym sportowcom, posprząta po swoim psie czy wykona podobne, równie prozaiczne czynności. W czasach pokoju szacunek dla ojczyzny przejawia się w byciu uczciwym, porządnym człowiekiem.

"Katechizm polskiego dziecka” Władysława Bełzy oparł się czasowi i – w wierszach Rusinka – zyskał nowy wymiar… znacznie większy. Czy "Jaki znak twój” trafi pod strzechy i za sto lat będzie recytowany przez kolejne pokolenia, tego nie wiem. Bez wątpienia te dziesięć radosnych, łatwo wpadających w ucho wierszyków, które Michał Rusinek napisał – a Joanna Rusinek pięknie zilustrowała – będzie żartobliwym obrazem życia "Polaka małego” początków XXI wieku, jego poglądów, zachowań i sposobu myślenia.     

AB

Martin Widmark, "Dom, który się przebudził". Ilustr. Emilia Dziubak, przeł. Marta Dybula. Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2017.

dom ktory sie przebudzil w iext51079046Zajrzyjmy na chwilę do smutnego, zaniedbanego domu, w którym mieszka stary Larson, bohater książki dobrze znanego w Polsce szwedzkiego pisarza Martina Widmarka. Trudno nam będzie stwierdzić, czy dom należy wciąż do tego świata, podobnie jak jego mieszkaniec, żyjący właściwie w czasie przeszłym. Larson, przechadzając się po swoim domu, niegdyś pełnym ludzi, zagląda w przeszłość i z każdym dniem coraz bardziej w niej pozostaje. Codziennie rozmawia w kuchni ze zmarłą żoną, w sypialni mówi jej dobranoc, gasi światło w pokoju dzieci, które widzi, mimo że już dawno założyły własne rodziny i opuściły rodzinne gniazdo. Pozwala, by wszystko wokół, razem z nim, zdążało do kresu. Nie martwi go nawet ucieczka kota – w końcu on sam też niedługo odejdzie...

Tę ponurą sytuację znakomicie oddają ilustracje Emilii Dziubak. Dom Larsona, opleciony gąszczem korzeni, zarasta, łączy się z ziemią. Jego wnętrza wypełniają kurz i trochę niepokojące światło lamp, w którym ukazane zostały osoby z przeszłości.

A jednak książka nie jest smutna. Życie bohatera niespodziewanie odmienia się za sprawą chłopca z sąsiedztwa, który pewnej nocy puka do drzwi domu i prosi starego człowieka, by w czasie wakacji zaopiekował się jego doniczkową rośliną, tak małą, że jeszcze niewidoczną. Larsonowi ta sytuacja wydaje się absurdalna, ale nie chcąc zrobić dziecku przykrości, przygarnia kiełkujące życie, które w końcu jemu samemu przywraca siły. Jemu i staremu domowi, bo i on także ożywa. Wreszcie jest sprzątnięty, przewietrzony i otwarty na świat...

Dom, który się przebudził jest książką obrazkową. Oszczędnej narracji słownej towarzyszy rozbudowana narracja obrazowa. W ostatniej scenie – podobnie jak inne, napisanej i narysowanej – widzimy Larsona wędrującego za rękę z małym właścicielem doniczki (rośnie w niej teraz piękny czerwony mak). Wybierają się do rodziców chłopca na kieliszek wina. Starszy pan nie chce, by zwracano się do niego inaczej niż po imieniu. Prosi chłopca: „Nie mów do mnie pan. Czuję się wtedy taki stary”. I chociaż czerwony mak przypomina Larsonowi zarówno obrazy, które malowała jego zmarła żona, jak i łąkę, na której po raz pierwszy żonę przytulił, to wspomnienia te nie odbierają mu, jak dotąd, siły do życia, lecz wyzwalają długo nieodczuwaną radość. Podobnie jak widok kota-uciekiniera, który już nie myśli o opuszczeniu swego cudownie odmienionego pana.

Warto tę książkę przeczytać, obejrzeć z uwagą i przemyśleć. Ten krótki utwór pokazuje, jak wielką wartością mogą być dla siebie ludzie różniący się, nawet znacznie, wiekiem. Zachęca, by zamiast murów dzielących pokolenia – jak to często bywa – budować mosty, które je połączą. Zachęca również, by starać się przezwyciężać własne słabości, smutki czy niepowodzenia i przynajmniej próbować zacząć życie od nowa. Bo przecież zawsze może się znaleźć ktoś, komu jesteśmy potrzebni, kto nas zrozumie i zechce pomóc. Albo tylko pojawi się obok – czasami to wystarcza.

EG

 

Raquel Diaz Reguera, "Dziewczynki latają wysoko", Wydawnictwo Debit, Katowice 2018.

dziewczynki latają wysokoTrzy dziewczynki, trzy marzenia. Lekka jak piórko Amelia chce być najlepszą pilotką na świecie, małomówna Helena pragnie zostać wielką pisarką, a „okrągła jak kropka nad i” Martyna marzy o karierze skrzypaczki. W dążeniach do osiągnięcia celów wspiera je pan CHCIEĆ-TO-MÓC. To on dodaje im skrzydeł. Ale ma rywala, a nawet całą bandę rywali dowodzoną przez pana NIE-UDA-CI-SIĘ. Złe typy to pani URODA-ZEWNĘTRZNA, pan LUSTERECZKO, pan NIERÓWNOŚĆ i pani-UTKA. Wszyscy dbają o to, by dziewczynki nie mogły oderwać się od ziemi. Do ich kieszeni, butów i plecaków dosypują kamyczki – szepty odbierające wiarę w siebie: "musisz być wysoka i szczupła", jesteś "za gruba, za niska, głupia, chuderlawa, patyk, brzydula, okularnica", "dziewczynki są słabsze od chłopców", "dziewczynki są mniej odważne", "dziewczynki… gorzej… mniej… gorzej…”.

Kamyczki uwierają, mącą myśli Amelii, Heleny i Martyny: może faktycznie jestem za gruba, za niska, gorsza od chłopca, może nie powinnam marzyć, bo moje marzenia są nieosiągalne, bo jestem dziewczynką, bo to nie wypada, bo powinnam być śliczniUTKA, milUTKA, czyli taka, jak chce pani-UTKA. 

Kamyczek po kamyczku rośnie góra wątpliwości. „Może” po pewnym czasie przemienia się w "na pewno". Dziewczynki rezygnują z marzeń. Pan CHCIEĆ-TO-MÓC załamuje ręce.

Amelia, Helena i Martyna – trzy dziewczynki i trzy marzenia. Takich dziewczynek jest wiele. Są inteligentne, ambitne, zdolne i wytrwałe, lecz ulegają społecznym oczekiwaniom i rezygnują z realizacji swych celów. Godzą się z narzucaną im niższą – w stosunku do chłopców – pozycją społeczną, a wielkie plany zastępują pogonią za gładką buzią i nienaganną sylwetką.         

Jednak dla Amelii, Heleny i Martyny jest ratunek. W pokonaniu bandy pana NIE-UDA-CI-SIĘ pomaga im inna dziewczynka, Emilka, która twierdzi, że gdy dorośnie, zostanie Marsjanką ­– kobietą z planety zarezerwowanej dla mężczyzn. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych ani takich, których robić nie wypada. Takich Emilek też jest wiele. Mali czytelnicy mogą poznać niektóre z nich dzięki lekturze książek o silnych kobietach, które nie pozwoliły, by ktoś podciął im skrzydła: "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy", "Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które zmieniły świat", "Opowieści na dobranoc dla małych buntowniczek", "Superbohaterki". Wszystkie, łącznie z omawianą, powinny poznać dziewczynki, żeby nie wahały się wyrzucić z buta czy plecaka kamyczki i "latały wysoko", ale też chłopcy, aby w dziewczynkach dostrzegli równe sobie partnerki.     

Raquel Diaz Reguera jest nie tylko autorką, ale też ilustratorką książki. Duże, wyraziste rysunki zajmują niemal całe strony i wiernie komentują opisywaną rzeczywistość. Właściwie tekst i ilustracje są na równorzędnych prawach, dlatego książkę mogą "czytać" dzieci nieznające liter.  

AB

Robert Kimmel Smith, "Wojna z dziadkiem", Dwukropek, Warszawa 2018

Wojna z dziadkiem"– Może to właśnie tak zaczynają się wojny, a potem trwają i trwają – powiedziałem. – Wróg wyrządza ci jakąś krzywdę, więc ty robisz mu coś gorszego. Wtedy on się odgrywa, a potem ty, wszystko robi się coraz poważniejsze i podlejsze, aż w końcu ktoś zrzuca bombę. Czy nie tak to wygląda? – Mniej więcej właśnie tak – zgodził się ze mną”.

To fragment rozmowy Petera z dziadkiem. Obaj toczą wojnę o pokój, taki zwyczajny pokój dziesięcioletniego chłopca. Peter mieszkał w nim od urodzenia, znał każdy kąt i nawet w nocy, po ciemku wiedział, gdzie co stoi: łóżko przy dłuższej ścianie, w rogu biurko, dalej żółte regały pełne zabawek, a na nich pudełka po butach z kolekcją kart z bejsbolistami. Pokój niczym się nie wyróżniał, ale Peter czuł się w nim szczęśliwy i bezpieczny. Niestraszne mu były trzeszczące podłogowe deski ani gałęzie drzew skrobiące w okno. To był JEGO pokój. 

I nagle zjawia się dziadek. Schorowany, przygnębiony i samotny po śmierci babci, nie może mieszkać sam. Przenosi się do rodziny i zajmuje pokój Petera, a chłopiec trafia na poddasze. Otrzymuje pokój, którego nie znosi. Jest zły i przestraszony koniecznością mieszkania w nowym miejscu, gdzie deski podłogowe trzeszczą złowrogo, a cienie gałęzi drzew na ścianie wyglądają jak czarne łapska. Zamierza więc odzyskać swoją własność i wypowiada dziadkowi wojnę, oficjalnie, na piśmie. Dziadek początkowo lekceważy przeciwnika, potem próbuje zniechęcić go do działań wojennych, aż w końcu daje się wciągnąć w grę. I tak raz jeden (Skryty Wojownik Peter), raz drugi (Stary Pryk dziadek) robią sobie na złość.

Wojna domowa Petera i dziadka nosi wszystkie cechy prawdziwego konfliktu zbrojnego (Peter odbywa narady wojenne z kolegami z podwórka, prowadzi konferencje pokojowe z dziadkiem, dziadek proponuje rozejm, jest chwilowe zawieszenie broni i wznowienie działań wojennych, pojawiają się elementy wojny psychologicznej). I tylko jedno różni tę wojną od prawdziwej – Peter i dziadek nie czują do siebie nienawiści: "Dziadku – zacząłem, a on zatrzymał się w progu. – Kocham cię… – powiedziałem, a on się uśmiechnął – ...ale wojna trwa dalej!”. Z czasem ich działania stają się coraz bardziej bezwzględne. Wojna kończy się pokojem, ale rozejm okupiony jest cierpieniem starszego pana i wyrzutami sumienia wnuka.

Kto jest winien tej wojny domowej? Dziesięcioletni Peter, który – choć świadom, że rani  dziadka – nie potrafił pogodzić się z utratą pokoju? Dziadek, który w porę nie przerwał gry? A może rodzice? To oni podjęli decyzję o oddaniu pokoju Petera dziadkowi, nie pytając syna o zdanie. Może się wydawać, że mieli prawo tak zrobić, ale z drugiej strony: „Kiedy rodzice chcą, żeby dziecko coś zrobiło, a dziecko tego nie chce, jedno jest pewne. To, że rodzice zazwyczaj postawią na swoim. To jeden z wielkich atutów bycia rodzicem. Kłótnie rozstrzygasz na swoją korzyść”. A wystarczyło porozmawiać i poszukać innego rozwiązania, które w końcu i tak się znalazło.

"Wojna z dziadkiem" to dobrze napisana, dowcipna książka antywojenna. Dziadek tłumaczy Peterowi jej bezsens: "– Wojna jest bolesna […]. Rani, zabija i niesie krzywdę. Tylko głupiec dąży do wojny", a wnuk, po wielu mniej lub bardziej dotkliwych potyczkach, przyznaje mu rację.

Książkę powinni przeczytać wszyscy: dziadkowie, rodzice i wnuki, zwłaszcza mieszkający pod jednym dachem, by nauczyć się szanować zdanie i potrzeby poszczególnych członków rodziny, nawet tych najmłodszych. Ci z kolei dowiedzą się, że wojna jest najgorszym sposobem rozstrzygania konfliktów i istnieją pokojowe sposoby ich zażegnywania. Ta wiedza przyda im się w kontaktach z rówieśnikami i później w dorosłym życiu.  

AB

 

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, ilustr. Daniel de Latour, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

dom nie z tej ziemiNa pierwszy rzut oka dom wyglądał zwyczajnie. Był „nowy i dość ładny, jak wszystkie nowe domy na nowym osiedlu. Może nawet ładniejszy”. Miał żółte ściany, dach przykryty brązową dachówką i dwa kominy. Od furtki do drzwi z lustrzaną szybą wiodła ścieżka z czerwonej brukowej kostki. Gości witały plastikowe krasnale. W oknach wisiały białe firanki, na parapetach kwitły kolorowe kwiaty. Po jednej stronie domu rosły drzewa. Po drugiej – stały huśtawka i zjeżdżalnia. Był też domek z plastikowych puzzli w kształcie pierników i piaskownica, a obok niej niziutka ławeczka. W domu mieszkała szczęśliwa rodzina: mama, tata i dzieci.

Gdyby jednak ktoś uważniej przyjrzał się żółtemu domowi, zauważyłby, że w pogodny dzień nie rzuca cienia – cień kryje się w jego wewnętrzu. Gdyby ktoś zerknął przez uchylone drzwi z lustrzaną szybą, dostrzegłby padający w nim lodowaty śnieg. A może ktoś inny usłyszałby dochodzący ze środka „lwiożerczy ryk” i płacz dzieci. I wtedy przekonałby się, że to „dom nie z tej ziemi”, że władają nim złe moce, które krzywdzą jego mieszkańców.

Zło, która panoszy się w domu, widzi Marysia, trochę dziwna, wystraszona, stroniąca od innych dzieci dziewczynka. Jej ciało pokrywają siniaki i zadrapania, ale to dlatego, że lubi się wspinać i ciągle skądś spada – przynajmniej tak twierdzi. Marysia chce odczarować dom i uwolnić jego mieszkańców od strachu, tym bardziej że sama czuje się winna temu, co się w nim dzieje. Pomaga jej szkolny kolega Daniel. Chłopiec, początkowo sceptyczny, z czasem coraz więcej widzi i słyszy. Dostrzega, że „Dom zmienia dorosłych w potwory albo w kamienie i straszy dzieci”.

„Dom nie z tej ziemi” w ciekawy sposób pokazuje przemoc w rodzinie. Zapewne nieraz przechodzimy obok „ładnych domów” i nie zdajemy sobie sprawy, jakie tragedie skrywają. A jeśli nawet wiemy, to często odwracamy wzrok albo staramy się nie słyszeć, bo to nie nasza sprawa. Z drugiej strony czasami trudno nam reagować, bo domy, w których wieje chłodem, niechętnie zdradzają swoje tajemnice: opuszczone żaluzje w oknach ukrywają rodzinne awantury, a swetry z długimi rękawami – siniaki i zadrapania. Mieszkający w takich domach ludzie udają wzorową rodzinę. Ci, którzy krzywdzą, boją się kary, a krzywdzeni są zbyt słabi, by przeciwstawić się dręczycielom. W rezultacie i jedni, i drudzy ukazują nam fałszywy obraz rodzinnego szczęścia. W takich domach najbardziej cierpią dzieci. Wprawdzie ich siniaki z czasem znikną, a zadrapania się zagoją, ale gorzej z ranami, których nie widać: lękiem i poczuciem winy. Te zostają na długie lata. „Dom nie z tej ziemi” to ważna lektura – uwrażliwia na krzywdę najmłodszych, uczy uważnie „patrzeć, słuchać i czuć”, a przede wszystkim – wzorem Daniela – reagować.  

Książka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby nie jest banalną historią nieszczęśliwej rodziny. To sprawnie napisana powieść łącząca elementy realistyczne z fantastycznymi. Obarczenie domu za nieszczęścia mieszkających w nim ludzi jest ciekawym pomysłem. Intryguje też postać Marysi, która do ostatnich stron książki pozostaje zagadkowa. Lektura wciąga, a czytelnik – próbując rozwikłać tajemnicę domu i dziewczynki – czuje się trochę jak detektyw. Autorka daje mu liczne wskazówki, ale i tak zakończenie może go zaskoczyć.

AB

 

 

logo ibby
 

 logo qlturka

 logo ryms

 logo pidd