3 Smutek mamutaLudzie od zarania dziejów opowiadają sobie historie. Te wspólne, utrwalone dzięki przekazywaniu z pokolenia na pokolenie, i te znane niewielu: prywatne, intymne, ważne dla określonego kręgu osób, czasami – tylko dwóch. Smutek mamuta przynosi afirmację wytwarzającej się w takiej sytuacji bliskości i empatii. Jest w niej miejsce na głos dziecka i głos dorosłego oraz ich wzajemne oddziaływanie. Czyni to z książki znakomitą lekturę familijną, doskonałą do wspólnego, głośnego czytania przez dzieci i rodziców. Nie jest to przy tym kolejna sztampowa publikacja z mitami dla dzieci, nie jest też jej celem jedynie uwspółcześnienie starych historii. Ewa Jałochowska raczej uważnie przygląda się mitom i przybliża czytelnikom i czytelniczkom dawny sposób myślenia ludzi z różnych części świata; mity są zaś po raz kolejny opowiadane, a nie tylko powtarzane. Smutek mamuta to także świetnie napisana współczesna literatura, opowieść o opowiadaniu, której narrację tworzą głosy mamy i Jędrka. Czytając książkę, nie warto się spieszyć. Każdy rozdział to inna historia, pełna niuansów i krótkich dziecięco-dorosłych rozważań filozoficznych. Autorka z niezwykłą lekkością myśli podejmuje także temat tradycji. Z kolejnych opowieści wyłania się obraz nie tylko tego, co stare, wspólne, przekazywane niegdyś z pokolenia na pokolenie, ale też tego, co współcześnie kontynuowane i stale poszerzane. Mitologicznych narracji o stworzeniu świata było wiele, a będzie jeszcze więcej. Autorka pisze: Jędrek otworzył oczy i stworzył świat. (Joanna Żygowska, jurorka konkursu PS IBBY)

Tytuł otrzymał wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY.

"Smutek mamuta. Prawie wszystkie mity świata. Rozmowy z Jędrkiem" Ewa Jałochowska, kolaże: Ewa Jałochowska, rysunki: Jędrek Jałochowski, Nisza 2019, wiek: 8+

 

4 Awaria elektroniSzeroko dyskutowane problemy ze smogiem, tak dokuczliwe dla mieszkańców wielu polskich miast, mogą przysłonić inną ważną kwestię: zanieczyszczenie sztucznym światłem, które ma negatywny wpływ na życie przyrody i człowieka. Awaria elektrowni zaprasza czytelników i czytelniczki do wyobrażenia sobie nocy bez świateł spowodowanej nagłym brakiem prądu w mieście. Przy czym nie chodzi tu o refleksję jedynie z punktu widzenia człowieka, być może zachwyconego rozgwieżdżonym niebem, ale jednak wciąż polegającego na latarce w smartfonie. Autorka w niezwykle liryczny, ale również i realistyczny sposób przedstawia tę nieoczekiwaną sytuację także z perspektywy rosnących w mieście roślin i zamieszkujących je zwierząt. Lisowi, rakowi, żabie, dziwaczkowi jalapa, jeżowi, ćmie, sowie, ropusze, borsuczycy i słonce noc rozświetlona jedynie blaskiem gwiazd i księżyca przynosi wspomnienia lepszego, bezpieczniejszego i pełniejszego życia, które nie zostało jeszcze bezpowrotnie utracone. Dopiero w taką noc dziwaczek otwiera swój kielich, ćma jest wolna od szalonego tańca wokół lamp, a borsucza mama po raz pierwszy wyprowadza swoje dzieci na świat. I chyba nieprzypadkowo ciemne miasto i jego okolice widziane z samolotu mają kształt serca. Awaria elektrowni to piękna, ważna i inspirująca opowieść o nierozerwalności natury i kultury, których jesteśmy częścią wraz z innymi istotami żyjącymi wokół nas. (Justyna Deszcz-Tryhubczak, jurorka konkursu konkursu PS IBBY)


Tytuł otrzymał wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY.

"Awaria elektrowni” Tina Oziewicz, il. Rita Kaczmarska, Dwie Siostry 2019, wiek: 5+

 

2 Lato AdeliZwyczajne blokowisko, zwyczajne lato, choć może tym razem nieco bardziej lepkie – od gorąca i wrażeń. Czas długich dni, ciepłych nocy; świat z dorosłymi, choć bez ich realnej obecności. Momenty, kiedy "coś" się wydarza. Co dokładnie? Trudno to nazwać jednym słowem. Agnieszka Wolny-Hamkało odsłania kolejne kadry z życia Adeli. Nie mamy jednak pewności, kim jest bohaterka. Dziewczynką, dziewczyną, kobietą? W końcu – ile ma lat? Nadaje imiona kamieniom, czasami przeklina, bierze długie kąpiele w pianie, biega nago nad rzeką. Miewa sny o erotycznym zabarwieniu (a może to nie sny?). Książka w subtelny i wieloznaczny sposób, choć nie bez wyrazistych obrazów, opisuje skomplikowany proces stawania się z dziecka-dziewczynki dziewczyną, w końcu kobietą. A przede wszystkim samą sobą. Przemiana ta dotyczy ciała, umysłu i wszystkich najdrobniejszych elementów, które wpływają na kształt osobowości. Pierwsze erotyczne doświadczenia Adeli są trochę nieporadne, jeszcze dziewczęce, już prawie dorosłe, przeżyte cieleśnie lub we własnej fantazji. Wielowymiarowość tych obrazów gwarantuje język. Wolny-Hamkało pisze w sposób bezkompromisowy, a jej wyobraźnia poetycka jest odporna na przewidywalne skojarzenia i połączenia słów, które nie powodują lawiny asocjacji. Lato Adeli to także małe, letnie studium spojrzenia, które rozgrywa się w czasie, gdy nosi się lekkie ubrania, a noce spędza na balkonach. Spojrzenia stają się wtedy niejednoznaczne – zawłaszczające, ale także upragnione, potwierdzające zarówno atrakcyjność, jak i sam fakt istnienia. (Joanna Żygowska, jurorka konkursu PS IBBY).
Tytuł otrzymał nagrodę literacką za książkę dla młodzieży w konkursie Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY.

"Lato Adeli"  Agnieszka Wolny-Hamkało, il. Agnieszka Kożuchowska, Hokus-Pokus 2019, wiek: 14+

   

 

 

5 LilanaMałgorzata Strękowska-Zaremba od ponad dekady mistrzowsko wykorzystuje motywy i konwencje gatunkowe właściwe dla rozmaitych odmian fantastyki, aby opowiadać o realnych problemach współczesnych dzieci i nastolatków. Po Złodziejach snów i Domu nie z tej ziemi autorka podarowuje nieco starszym odbiorcom Lilanę – na poły baśniową, a na poły zanurzoną w tradycji horroru historię Natalii, jej rodziców i brata, którzy (urzeczeni? zwabieni?) przeprowadzają się do tytułowej miejscowości. Jest to jednocześnie pełen barw obraz namalowany prozą najwyższej próby; literacki portret ludzi, zwierząt, roślin, budynków, przedmiotów i legend składających się na oniryczno-fantazmatyczną czasoprzestrzeń miasteczka – jednocześnie pociągającą i budzącą grozę. Pisarka, czyniąc z Natalii narratorkę, prowadzi interesującą w formie i treści narrację wspomnieniową: gdy czytamy Lilanę, mamy wgląd tylko w perspektywę głównej bohaterki; nierzadko czujemy, że dziewczyna nie mówi całej prawdy o wydarzeniach, które stały się jej udziałem; podejrzewamy, że są w jej relacji pęknięcia, puste miejsca, wyrwy. Wspomnienia narratorki, przywoływane przez fotografie z przeszłości, pozwalają na stopniowe rozwikłanie tajemnicy i dostrzeżenie, że pod warstwą sensacyjnej, fantastycznej fabuły kryje się bolesna opowieść o traumie, stracie, żalu i winie, o milczeniu i głosie. Ostatni rozdział stawia czytelników i czytelniczki przed kolejnym wyzwaniem: odpowiedzią na pytanie, czy to, o czym czytali, jest prawdą, czy też – jak w cytowanym w motcie powieści utworze Taco Hemingwaya – "to wszystko na niby, to wszystko na niby”. (Maciej Skowera, przewodniczący jury literackiego konkursu PS IBBY)

Tytuł otrzymał wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY.

"Lilana" Małgorzata Strękowska-Zaremba, il. okładkowa: Daniel de Latour, Nasza Księgarnia 2019, wiek: 12+

 

1 Male LichoW drugim tomie cyklu o Bożydarze Antonim Jekiełłku Marta Kisiel wznosi się na wyżyny pisarskiej wyobraźni (i humoru!), proponując opowieść jeszcze zabawniejszą i bardziej wzruszającą niż Małe Licho i tajemnica Niebożątka. Wraz z nadejściem Bożego Narodzenia w niezwykłym domu, który oprócz ludzi zamieszkują niezwykłe istoty różnej proweniencji, zaczyna się seria niefortunnych zdarzeń: anioł Tsadkiel nie przyjmuje prezentu od Bożka, wuj Konrad łapie półpaśca, a Małe Licho i potwór Krakers zaczynają chorować na ospę. Chcąc nie chcąc, główny bohater ­– „pół chłopiec, pół widmo” – musi wyjechać na ferie do położonego w lesie domostwa cioci Ody (dobrze znanej fanom i fankom serii Dożywocie, a tajemniczej dla tych czytelników i czytelniczek, którzy swoją przygodę z pisarstwem Marty Kisiel zaczęli później). Bożkowi towarzyszy Tsadkiel, na pierwszy rzut oka – niezbyt dobry kompan, zważywszy na jego trudny charakter i postępowanie podczas Wigilii ("Doprawdy… alleluja!” – wykrzyknąłby zapewne anioł). Tak zostaje wprawiona w ruch karuzela zdarzeń i kulturowych nawiązań (pisarka po raz kolejny twórczo przetwarza literaturę romantyczną, ale nie tylko!), na której wirują komiczny czort Bazyl i jego matka Ossa, demoniczne istoty z piekła rodem, dobroduszna wiła, kochający wiersze gość z zaświatów i wreszcie on, zastygły pośrodku stawu tytułowy anioł o pozornie kamiennym sercu; stróż, któremu trzeba ruszyć na ratunek. Choć wszystko rozgrywa się w zimowej scenerii, po lekturze tej wyrażającej pochwałę różnorodności historii o stereotypach robi się nieco cieplej – okazuje się bowiem, że najważniejsze są nie różnice, a to, co łączy ludzi, potwory, anioły… i czorty! (Maciej Skowera, przewodniczący jury literackiego konkursu PS IBBY).

Tytuł otrzymał nagrodę literacką za książkę dla dzieci w konkursie Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY.

"Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel, il. Paulina Wyrt, Wilga 2019, wiek: 8+

Michał Rusinek, Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości, ilustr. Joanna Rusinek, Znak Emotikon, Kraków 2018

jaki znak twójPonad sto lat temu, w 1900 roku, polskie dzieci po raz pierwszy przeczytały wierszyk, który zaczyna się od słów: "Kto ty jesteś? Polak mały”. Niedługi, prosty w formie, lecz głęboki w treści, uczył miłości do ojczyzny, której nie było wówczas na mapie Europy. Istniała w sercach, narodowej dumie i myślach Polaków. Kilkanaście lat później te myśli zamieniły się w czyny i Polska odzyskała swoje miejsce wśród innych państw Europy i świata. Mijały lata, a krótki wierszyk o "Polaku małym” recytowały kolejne pokolenia polskich dzieci na szkolnych akademiach, zuchowych zbiórkach i u cioci na imieninach. "Katechizm polskiego dziecka” Władysława Bełzy, bo oczywiście o nim mowa, wychował rzesze Polaków, ucząc szacunku do ojczyzny. Dziś jego strofy mogą wydawać się trochę patetyczne, staroświeckie, nieprzystające do rzeczywistości. Świat się zmienił, a Polska razem z nim. Można więc zadać pytanie, kim dziś – w czasach, gdy nie potrzebujemy już ofiary z "krwi i blizny” – jest "Polak mały” i czym dla niego jest ojczyzna.  

Odpowiedzi na te pytania udzielił Michał Rusinek, pisząc nowy "katechizm” – "Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości”. Napisał go w roku wyjątkowym, roku, w którym obchodziliśmy stulecie odzyskania polskiej państwowości. Można zaryzykować stwierdzenie, że utwór Rusinka jest hołdem złożonym starszemu koledze po piórze, którego patriotyczny wierszyk z dużym stopniu przyczynił się do tego, że dziś mamy co świętować.    

Władysław Bełza zadał "Polakowi małemu” dziesięć prostych pytań i udzielił dziesięciu równie prostych, dwuwyrazowych odpowiedzi. Michał Rusinek postawił te same pytania – co świadczy o ich ważności i ponadczasowości – lecz jego odpowiedzi są nowe, bardziej obszerne i odpowiadające czasom, w których żyjemy. 

Kim dziś jest "Polak mały”? Przede wszystkim Polakiem, bo "po polsku gada, myśli oraz odpowiada”, ale też Europejczykiem i obywatelem świata, pewnym siebie, wykształconym, tolerancyjnym i otwartym na innych ludzi, niezależnie od ich pochodzenia lub koloru skóry, bo "nikt nie jest lepszy czy gorszy od nikogo”.

Nowoczesna technologia i wielka polityka sprawiły, że świat się skurczył, zniknęła większość granic, a my żyjemy w globalnej wiosce. Łatwość przemieszania się z kraju do kraju sprawia, że ojczysta ziemia "Polaka małego” może być wszędzie, bo "Polska żyje sobie w nas". Pod każdą szerokością geograficzną czuje się jak we własnym domu, a ten dom "jest zawsze otwarty dla wszystkich fajnych gości”.

W świecie, którym rządzi internet, "Polakowi małemu” wyraz znak prędzej kojarzyć się będzie z emotikonem niż "orłem białym”, co wcale nie znaczy, że orła lekceważy. Przeciwnie, czci godło, flagę i hymn, choć ten ostatni najczęściej słyszy, gdy "śpiewają go piłkarze”. I nic dziwnego, w czasach pokoju mężczyźni ganiają za piłką na boisku, zamiast wymachiwać szabelką. "Polak mały" żyje teraźniejszością, ale nie zapomina o historii – tej wielkiej "pełnej bitew, armat, koni, powstań i zawierzeń broni” i tej małej, rodzinnej. Obu należy się szacunek, bo uczą "żeby kilka razy z rzędu nie popełniać starych błędów”.

Miłość do ojczyzny jest dziś wciąż istotną sprawą, lecz inaczej pojmowaną. "Polak mały” na szczęście nie musi dokonywać już heroicznych czynów, wystarczy, że skasuje bilet w tramwaju, nie marnuje wody, kibicuje naszym sportowcom, posprząta po swoim psie czy wykona podobne, równie prozaiczne czynności. W czasach pokoju szacunek dla ojczyzny przejawia się w byciu uczciwym, porządnym człowiekiem.

"Katechizm polskiego dziecka” Władysława Bełzy oparł się czasowi i – w wierszach Rusinka – zyskał nowy wymiar… znacznie większy. Czy "Jaki znak twój” trafi pod strzechy i za sto lat będzie recytowany przez kolejne pokolenia, tego nie wiem. Bez wątpienia te dziesięć radosnych, łatwo wpadających w ucho wierszyków, które Michał Rusinek napisał – a Joanna Rusinek pięknie zilustrowała – będzie żartobliwym obrazem życia "Polaka małego” początków XXI wieku, jego poglądów, zachowań i sposobu myślenia.     

AB

Martin Widmark, "Dom, który się przebudził". Ilustr. Emilia Dziubak, przeł. Marta Dybula. Wydawnictwo Mamania, Warszawa 2017.

dom ktory sie przebudzil w iext51079046Zajrzyjmy na chwilę do smutnego, zaniedbanego domu, w którym mieszka stary Larson, bohater książki dobrze znanego w Polsce szwedzkiego pisarza Martina Widmarka. Trudno nam będzie stwierdzić, czy dom należy wciąż do tego świata, podobnie jak jego mieszkaniec, żyjący właściwie w czasie przeszłym. Larson, przechadzając się po swoim domu, niegdyś pełnym ludzi, zagląda w przeszłość i z każdym dniem coraz bardziej w niej pozostaje. Codziennie rozmawia w kuchni ze zmarłą żoną, w sypialni mówi jej dobranoc, gasi światło w pokoju dzieci, które widzi, mimo że już dawno założyły własne rodziny i opuściły rodzinne gniazdo. Pozwala, by wszystko wokół, razem z nim, zdążało do kresu. Nie martwi go nawet ucieczka kota – w końcu on sam też niedługo odejdzie...

Tę ponurą sytuację znakomicie oddają ilustracje Emilii Dziubak. Dom Larsona, opleciony gąszczem korzeni, zarasta, łączy się z ziemią. Jego wnętrza wypełniają kurz i trochę niepokojące światło lamp, w którym ukazane zostały osoby z przeszłości.

A jednak książka nie jest smutna. Życie bohatera niespodziewanie odmienia się za sprawą chłopca z sąsiedztwa, który pewnej nocy puka do drzwi domu i prosi starego człowieka, by w czasie wakacji zaopiekował się jego doniczkową rośliną, tak małą, że jeszcze niewidoczną. Larsonowi ta sytuacja wydaje się absurdalna, ale nie chcąc zrobić dziecku przykrości, przygarnia kiełkujące życie, które w końcu jemu samemu przywraca siły. Jemu i staremu domowi, bo i on także ożywa. Wreszcie jest sprzątnięty, przewietrzony i otwarty na świat...

Dom, który się przebudził jest książką obrazkową. Oszczędnej narracji słownej towarzyszy rozbudowana narracja obrazowa. W ostatniej scenie – podobnie jak inne, napisanej i narysowanej – widzimy Larsona wędrującego za rękę z małym właścicielem doniczki (rośnie w niej teraz piękny czerwony mak). Wybierają się do rodziców chłopca na kieliszek wina. Starszy pan nie chce, by zwracano się do niego inaczej niż po imieniu. Prosi chłopca: „Nie mów do mnie pan. Czuję się wtedy taki stary”. I chociaż czerwony mak przypomina Larsonowi zarówno obrazy, które malowała jego zmarła żona, jak i łąkę, na której po raz pierwszy żonę przytulił, to wspomnienia te nie odbierają mu, jak dotąd, siły do życia, lecz wyzwalają długo nieodczuwaną radość. Podobnie jak widok kota-uciekiniera, który już nie myśli o opuszczeniu swego cudownie odmienionego pana.

Warto tę książkę przeczytać, obejrzeć z uwagą i przemyśleć. Ten krótki utwór pokazuje, jak wielką wartością mogą być dla siebie ludzie różniący się, nawet znacznie, wiekiem. Zachęca, by zamiast murów dzielących pokolenia – jak to często bywa – budować mosty, które je połączą. Zachęca również, by starać się przezwyciężać własne słabości, smutki czy niepowodzenia i przynajmniej próbować zacząć życie od nowa. Bo przecież zawsze może się znaleźć ktoś, komu jesteśmy potrzebni, kto nas zrozumie i zechce pomóc. Albo tylko pojawi się obok – czasami to wystarcza.

EG

 

Raquel Diaz Reguera, "Dziewczynki latają wysoko", Wydawnictwo Debit, Katowice 2018.

dziewczynki latają wysokoTrzy dziewczynki, trzy marzenia. Lekka jak piórko Amelia chce być najlepszą pilotką na świecie, małomówna Helena pragnie zostać wielką pisarką, a „okrągła jak kropka nad i” Martyna marzy o karierze skrzypaczki. W dążeniach do osiągnięcia celów wspiera je pan CHCIEĆ-TO-MÓC. To on dodaje im skrzydeł. Ale ma rywala, a nawet całą bandę rywali dowodzoną przez pana NIE-UDA-CI-SIĘ. Złe typy to pani URODA-ZEWNĘTRZNA, pan LUSTERECZKO, pan NIERÓWNOŚĆ i pani-UTKA. Wszyscy dbają o to, by dziewczynki nie mogły oderwać się od ziemi. Do ich kieszeni, butów i plecaków dosypują kamyczki – szepty odbierające wiarę w siebie: "musisz być wysoka i szczupła", jesteś "za gruba, za niska, głupia, chuderlawa, patyk, brzydula, okularnica", "dziewczynki są słabsze od chłopców", "dziewczynki są mniej odważne", "dziewczynki… gorzej… mniej… gorzej…”.

Kamyczki uwierają, mącą myśli Amelii, Heleny i Martyny: może faktycznie jestem za gruba, za niska, gorsza od chłopca, może nie powinnam marzyć, bo moje marzenia są nieosiągalne, bo jestem dziewczynką, bo to nie wypada, bo powinnam być śliczniUTKA, milUTKA, czyli taka, jak chce pani-UTKA. 

Kamyczek po kamyczku rośnie góra wątpliwości. „Może” po pewnym czasie przemienia się w "na pewno". Dziewczynki rezygnują z marzeń. Pan CHCIEĆ-TO-MÓC załamuje ręce.

Amelia, Helena i Martyna – trzy dziewczynki i trzy marzenia. Takich dziewczynek jest wiele. Są inteligentne, ambitne, zdolne i wytrwałe, lecz ulegają społecznym oczekiwaniom i rezygnują z realizacji swych celów. Godzą się z narzucaną im niższą – w stosunku do chłopców – pozycją społeczną, a wielkie plany zastępują pogonią za gładką buzią i nienaganną sylwetką.         

Jednak dla Amelii, Heleny i Martyny jest ratunek. W pokonaniu bandy pana NIE-UDA-CI-SIĘ pomaga im inna dziewczynka, Emilka, która twierdzi, że gdy dorośnie, zostanie Marsjanką ­– kobietą z planety zarezerwowanej dla mężczyzn. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych ani takich, których robić nie wypada. Takich Emilek też jest wiele. Mali czytelnicy mogą poznać niektóre z nich dzięki lekturze książek o silnych kobietach, które nie pozwoliły, by ktoś podciął im skrzydła: "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy", "Nadzwyczajnie wspaniałe kobiety, które zmieniły świat", "Opowieści na dobranoc dla małych buntowniczek", "Superbohaterki". Wszystkie, łącznie z omawianą, powinny poznać dziewczynki, żeby nie wahały się wyrzucić z buta czy plecaka kamyczki i "latały wysoko", ale też chłopcy, aby w dziewczynkach dostrzegli równe sobie partnerki.     

Raquel Diaz Reguera jest nie tylko autorką, ale też ilustratorką książki. Duże, wyraziste rysunki zajmują niemal całe strony i wiernie komentują opisywaną rzeczywistość. Właściwie tekst i ilustracje są na równorzędnych prawach, dlatego książkę mogą "czytać" dzieci nieznające liter.  

AB

Robert Kimmel Smith, "Wojna z dziadkiem", Dwukropek, Warszawa 2018

Wojna z dziadkiem"– Może to właśnie tak zaczynają się wojny, a potem trwają i trwają – powiedziałem. – Wróg wyrządza ci jakąś krzywdę, więc ty robisz mu coś gorszego. Wtedy on się odgrywa, a potem ty, wszystko robi się coraz poważniejsze i podlejsze, aż w końcu ktoś zrzuca bombę. Czy nie tak to wygląda? – Mniej więcej właśnie tak – zgodził się ze mną”.

To fragment rozmowy Petera z dziadkiem. Obaj toczą wojnę o pokój, taki zwyczajny pokój dziesięcioletniego chłopca. Peter mieszkał w nim od urodzenia, znał każdy kąt i nawet w nocy, po ciemku wiedział, gdzie co stoi: łóżko przy dłuższej ścianie, w rogu biurko, dalej żółte regały pełne zabawek, a na nich pudełka po butach z kolekcją kart z bejsbolistami. Pokój niczym się nie wyróżniał, ale Peter czuł się w nim szczęśliwy i bezpieczny. Niestraszne mu były trzeszczące podłogowe deski ani gałęzie drzew skrobiące w okno. To był JEGO pokój. 

I nagle zjawia się dziadek. Schorowany, przygnębiony i samotny po śmierci babci, nie może mieszkać sam. Przenosi się do rodziny i zajmuje pokój Petera, a chłopiec trafia na poddasze. Otrzymuje pokój, którego nie znosi. Jest zły i przestraszony koniecznością mieszkania w nowym miejscu, gdzie deski podłogowe trzeszczą złowrogo, a cienie gałęzi drzew na ścianie wyglądają jak czarne łapska. Zamierza więc odzyskać swoją własność i wypowiada dziadkowi wojnę, oficjalnie, na piśmie. Dziadek początkowo lekceważy przeciwnika, potem próbuje zniechęcić go do działań wojennych, aż w końcu daje się wciągnąć w grę. I tak raz jeden (Skryty Wojownik Peter), raz drugi (Stary Pryk dziadek) robią sobie na złość.

Wojna domowa Petera i dziadka nosi wszystkie cechy prawdziwego konfliktu zbrojnego (Peter odbywa narady wojenne z kolegami z podwórka, prowadzi konferencje pokojowe z dziadkiem, dziadek proponuje rozejm, jest chwilowe zawieszenie broni i wznowienie działań wojennych, pojawiają się elementy wojny psychologicznej). I tylko jedno różni tę wojną od prawdziwej – Peter i dziadek nie czują do siebie nienawiści: "Dziadku – zacząłem, a on zatrzymał się w progu. – Kocham cię… – powiedziałem, a on się uśmiechnął – ...ale wojna trwa dalej!”. Z czasem ich działania stają się coraz bardziej bezwzględne. Wojna kończy się pokojem, ale rozejm okupiony jest cierpieniem starszego pana i wyrzutami sumienia wnuka.

Kto jest winien tej wojny domowej? Dziesięcioletni Peter, który – choć świadom, że rani  dziadka – nie potrafił pogodzić się z utratą pokoju? Dziadek, który w porę nie przerwał gry? A może rodzice? To oni podjęli decyzję o oddaniu pokoju Petera dziadkowi, nie pytając syna o zdanie. Może się wydawać, że mieli prawo tak zrobić, ale z drugiej strony: „Kiedy rodzice chcą, żeby dziecko coś zrobiło, a dziecko tego nie chce, jedno jest pewne. To, że rodzice zazwyczaj postawią na swoim. To jeden z wielkich atutów bycia rodzicem. Kłótnie rozstrzygasz na swoją korzyść”. A wystarczyło porozmawiać i poszukać innego rozwiązania, które w końcu i tak się znalazło.

"Wojna z dziadkiem" to dobrze napisana, dowcipna książka antywojenna. Dziadek tłumaczy Peterowi jej bezsens: "– Wojna jest bolesna […]. Rani, zabija i niesie krzywdę. Tylko głupiec dąży do wojny", a wnuk, po wielu mniej lub bardziej dotkliwych potyczkach, przyznaje mu rację.

Książkę powinni przeczytać wszyscy: dziadkowie, rodzice i wnuki, zwłaszcza mieszkający pod jednym dachem, by nauczyć się szanować zdanie i potrzeby poszczególnych członków rodziny, nawet tych najmłodszych. Ci z kolei dowiedzą się, że wojna jest najgorszym sposobem rozstrzygania konfliktów i istnieją pokojowe sposoby ich zażegnywania. Ta wiedza przyda im się w kontaktach z rówieśnikami i później w dorosłym życiu.  

AB

 

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, ilustr. Daniel de Latour, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

dom nie z tej ziemiNa pierwszy rzut oka dom wyglądał zwyczajnie. Był „nowy i dość ładny, jak wszystkie nowe domy na nowym osiedlu. Może nawet ładniejszy”. Miał żółte ściany, dach przykryty brązową dachówką i dwa kominy. Od furtki do drzwi z lustrzaną szybą wiodła ścieżka z czerwonej brukowej kostki. Gości witały plastikowe krasnale. W oknach wisiały białe firanki, na parapetach kwitły kolorowe kwiaty. Po jednej stronie domu rosły drzewa. Po drugiej – stały huśtawka i zjeżdżalnia. Był też domek z plastikowych puzzli w kształcie pierników i piaskownica, a obok niej niziutka ławeczka. W domu mieszkała szczęśliwa rodzina: mama, tata i dzieci.

Gdyby jednak ktoś uważniej przyjrzał się żółtemu domowi, zauważyłby, że w pogodny dzień nie rzuca cienia – cień kryje się w jego wewnętrzu. Gdyby ktoś zerknął przez uchylone drzwi z lustrzaną szybą, dostrzegłby padający w nim lodowaty śnieg. A może ktoś inny usłyszałby dochodzący ze środka „lwiożerczy ryk” i płacz dzieci. I wtedy przekonałby się, że to „dom nie z tej ziemi”, że władają nim złe moce, które krzywdzą jego mieszkańców.

Zło, która panoszy się w domu, widzi Marysia, trochę dziwna, wystraszona, stroniąca od innych dzieci dziewczynka. Jej ciało pokrywają siniaki i zadrapania, ale to dlatego, że lubi się wspinać i ciągle skądś spada – przynajmniej tak twierdzi. Marysia chce odczarować dom i uwolnić jego mieszkańców od strachu, tym bardziej że sama czuje się winna temu, co się w nim dzieje. Pomaga jej szkolny kolega Daniel. Chłopiec, początkowo sceptyczny, z czasem coraz więcej widzi i słyszy. Dostrzega, że „Dom zmienia dorosłych w potwory albo w kamienie i straszy dzieci”.

„Dom nie z tej ziemi” w ciekawy sposób pokazuje przemoc w rodzinie. Zapewne nieraz przechodzimy obok „ładnych domów” i nie zdajemy sobie sprawy, jakie tragedie skrywają. A jeśli nawet wiemy, to często odwracamy wzrok albo staramy się nie słyszeć, bo to nie nasza sprawa. Z drugiej strony czasami trudno nam reagować, bo domy, w których wieje chłodem, niechętnie zdradzają swoje tajemnice: opuszczone żaluzje w oknach ukrywają rodzinne awantury, a swetry z długimi rękawami – siniaki i zadrapania. Mieszkający w takich domach ludzie udają wzorową rodzinę. Ci, którzy krzywdzą, boją się kary, a krzywdzeni są zbyt słabi, by przeciwstawić się dręczycielom. W rezultacie i jedni, i drudzy ukazują nam fałszywy obraz rodzinnego szczęścia. W takich domach najbardziej cierpią dzieci. Wprawdzie ich siniaki z czasem znikną, a zadrapania się zagoją, ale gorzej z ranami, których nie widać: lękiem i poczuciem winy. Te zostają na długie lata. „Dom nie z tej ziemi” to ważna lektura – uwrażliwia na krzywdę najmłodszych, uczy uważnie „patrzeć, słuchać i czuć”, a przede wszystkim – wzorem Daniela – reagować.  

Książka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby nie jest banalną historią nieszczęśliwej rodziny. To sprawnie napisana powieść łącząca elementy realistyczne z fantastycznymi. Obarczenie domu za nieszczęścia mieszkających w nim ludzi jest ciekawym pomysłem. Intryguje też postać Marysi, która do ostatnich stron książki pozostaje zagadkowa. Lektura wciąga, a czytelnik – próbując rozwikłać tajemnicę domu i dziewczynki – czuje się trochę jak detektyw. Autorka daje mu liczne wskazówki, ale i tak zakończenie może go zaskoczyć.

AB

 

 

logo ibby
 

 logo qlturka

 logo ryms

 logo pidd